Odchudzanie – historia prawdziwa

Standardowy

Wczoraj, (prawie) całkiem spontanicznie postanowiłam przejrzeć swoje zdjęcia sprzed kilku lat. Cel? Sponiewieranie się, zdeptanie, wciśnięcie w ziemię, totalne zawstydzenie. Efekt? Śmiech (absolutnie nie przez łzy). Dzisiejszy wpis będzie miał charakter kathasisowy (chociaż katharem mogę się chwalić od przedszkola). I chociaż uwalniam się od dawna, to nigdy tak jak dziś. Zdaję sobie sprawę, że wpisów o podobnej tematyce – trylion razy bardziej profesjonalnych i interesujących niż ten – są setki tysięcy w blogosferze. Ale wiadomo jak to z nami Polakami jest. Mój wpis będzie najmojszy!

Zacznę od tego co dla wielu osób, które wyszukują wpisów o takiej tematyce w internecie, jest najważniejsze. Jest to kwestia, wydawać by się mogło, podstawowa. Przynajmniej dla tych, których google’owe zapytanie brzmi np.”jak szybko schudnąć?”, „ile mogę schudnąć w miesiąc?”. Czytając opinie innych osób na blogach i forach w głowie kotłuje się jedno pytanie „ILE?!”, przeplatane innymi pobocznymi typu „jak?!”. Więc, (licząc na to, że na moją stronę trafi chociaż jedna dusza taplająca się mentalnie w tym szicie, który serwują nam ludzie dookoła, telewizja, internety i pseudo – gwiazdeczki) w ramach oczyszczenia powiem Wam co tylko chcecie (albo i nie chcecie) wiedzieć.

Moje „ile” wisiało nad moją głową od najmłodszych lat. Było skrupulatnie zapisywane w książeczce zdrowia przez higienistkę, wpisywane w bilansie przez lekarza i potwierdzane przez wychowawcę klasy. Kiedy higienistka wchodziła na lekcję dostawałam drgawek. Wiedziałam, że mnie to nie minie, ale miałam tylko nadzieję, że żadna z koleżanek nie zajrzy w rubryczkę z moim nazwiskiem. Strach, że się wszyscy dowiedzą był paraliżujący. Zwłaszcza w podstawówce i gimnazjum. Być może się dowiedzieli, może szeptali o tym na korytarzach, może pisali na kartkach, którymi się wymieniali na lekcjach. Ale co to za różnica, kiedy i tak jesteś w pierwszej trójce najlepszych i zarazem najmniej lubianych uczniów (hej, hej, tylko się nade mną nie użalaj!!!)!

Dzisiaj przy wzroście 171 cm ważę nieco ponad 77 kilogramów. Znajomi nie wierzą. Mówią, że nie wyglądam, że to pewnie mięśnie. Kiedy mówię, że przydałoby się zrzucić jeszcze z 10 kg stukają się w czoło. Nie jestem ześwirowana, nie mam początków anoreksji, nie jest to fałszywa skromność. Ja niczego nie udaję, jestem świadoma siebie i obiektywnie stwierdzam, że po prostu wciąż mam nadwagę! 77 kg. Dużo, co?

Pół roku temu, kiedy postanowiłam wrócić do mądrego odżywiania ważyłam 84 kg. Żeby zrzucić nadprogramową masę robiłam różne rzeczy. Niektóre z nich, z perspektywy czasu mogą wydawać się zbędne. Np. chodzenie na siłownię. Na karnet wydałam 130 zł, na siłowni byłam 8 razy. Nie korzystałam z możliwości jakie na mnie czekały. Nawet nie dotknęłam 80% maszyn znajdujących się na siłowni. Dlaczego? Albo były obstawione przez muskularnych facetów, którzy robili rzeźbę albo nie wiedziałam jak z nich skorzystać. A przecież trenera chodzącego po sali nie zapytam, bo zwróci na mnie uwagę i nie da żyć. Nie wykorzystałam też oferty zajęć dodatkowych typu spinning (na który naprawdę przed kupnem karnetu byłam napalona!), ABS, zajęcia cardio czy z ciężarkami, basen, sauna. Dlaczego? Przecież sama nie pójdę, bez przesady! Ta wataha wysportowanych kobiet, która przez 40 minut podskoków nie wyprodukuje ani kropli potu, zjadłaby mnie żywcem! Pomimo pewnego rozczarowania jakie sobie zafundowałam, za decyzją o siłowni, poszła też decyzja o zmianie żywienia. Jestem przekonana, że była to reakcja łańcuchowa, na którą w wersji „tylko zdrowe żywienie” nie zdecydowałabym się w tamtym czasie. Bardzo łatwo się oszukiwać kiedy jest się dużym człowiekiem! 84 kg. Dużo, co?

Pamiętam jak w 3 klasie liceum higienistka Alina zaprosiła nas do swojego gabinetu. Mierzyła, ważyła, wyliczała BMI. Standard. Alina była dziwną kobietą, ale zawsze czułam, że jest z boku. Nie mówiła mi „oooo JEŻU ile Ty ważysz! powinnaś schudnąć!”. Nie wybałuszała oczu przesuwając ten dziwny zypcyk na starej, białej wadze, która pewnie do dnia dzisiejszego znajduje się w poczciwym Korczaku. Nie kazała mi się badać, nie wysyłała do endokrynologów. W pewnym sensie czułam, że nie stawia mnie pod ścianą. I byłam jej za to niezmiernie wdzięczna. Tego dnia moja waga pokazała 92 kg. Dużo, co? Wiecie jaka była reakcja Aliny? Pogratulowała mi zrzucenia 6 kg. Tak, poprzednie ważenie wykazało 98 kg. Dużo, co?

W 2 klasie gimnazjum wychowawczyni (chyba w przypływie jakichś dziwnych matczynych uczuć) powiedziała mi, że „jestem ubita”. Chyba chciała mnie pocieszyć, chociaż wcale tego nie potrzebowałam. No i w sumie to trochę jej nie wyszło, ale dopóki nie słyszałam od kolegów komentarzy typu „wygląda jak trzydrzwiowa szafa” nie bolało, aż tak. 2 klasa gimnazjum zdobywa pierwsze miejsce w moim rankingu na szczyt szczytów z wynikiem 103 kilogramów.

Więcej odliczenia nie będzie, nie czekaj :D !

Jak widzicie, moje dzieciństwo minęło pod znakiem przelewającego się tłuszczu. A, że podobno tłuszcz jest nośnikiem smaku, to ten smak, który wyczuwam teraz jest naprawdę w porządku.
Znasz już moje ILE! Jeżeli jesteś dzieckiem, nastolatkiem, dorosłym, który w pewien sposób utożsamia się z tym co właśnie tu przeczytał, zapraszam Cię do zapoznania się z prawdami*, które są najmojsze!

*jako, że są one najmojsze używać będę wyrażeń typu „gruby dzieciak”; nie obrażamy się o to! życie nie głaszcze; „gruby dzieciak” to ja i każda inna osoba, która może podzielić moje odczucia!

1. Gruby dzieciak na zawsze w swojej głowie pozostanie grubym dzieciakiem. I teksty „dobrze wyglądasz” nic tu nie zmienią. Dopóki gruby dzieciak sam nie stanie przed lustrem i nie powie „wyglądam super!” żadne słowa go nie przekonają.
2. Uciążliwi, chamscy rówieśnicy grubego dzieciaka zawsze będą małymi skurwysynkami. Żaden rodzic nie jest w stanie uchronić swojego dziecka przed psychicznym prześladowaniem. Jedynym sposobem, który wpajał mi ojciec było „nie reaguj, to zdenerwuje ich najbardziej”. Innym sposobem jest sarkazm lub inteligentny docinek. Ale o to w podstawówce i gimnazjum niełatwo.
3. Tym bardziej nie jest w stanie uchronić dziecka przed skurwysynkami nauczyciel. Gruby dzieciak musi liczyć się z tym, że taktyka nauczyciela typu: „jestem, wspieram Cię”, kończy się tylko na słowach. Na lekcjach kiedy ktoś powie „dupa” belfer usłyszy od razu, ale częstotliwości na których padają wyzwiska w kierunku grubego dzieciaka na pewno nie usłyszy. Tak już jest.
4. Fora internetowe są ok, do czasu aż nie trafisz na frustrujące laseczki, które jednym zdaniem są w stanie zniszczyć cały Twój zapał. Nie daj się. Pomyśl ile mózgu musiało wyparować przy takim  chorym odchudzaniu!

Przechwytywanie

5. Na swojej drodze znajdziesz wiele „mądrych” rad. Począwszy od tego, że gruby dzieciak powinien trafić do dietetyka, przez jedzenie kiełbasy, zamiast słodyczy, aż po akupunkturę. Oczywiście, nie mówię, że dietetyk to zły wybór, bo jeśli rodzice nie mają tyle samozaparcia, żeby troszkę się doedukować na własną rękę, może to być jedyny sposób. Jednak dla dziecka jest to naprawdę stresująca sytuacja. Nie wie z kim będzie miało do czynienia, jak zostanie przyjęte i o co go zapytają (na jednej z takich wizyt byłam tak spięta, że zapomniałam co poprzedniego dnia jadłam na obiad i tego samego dnia na śniadanie)! Najważniejsza rzecz – moim skromnym zdaniem większość tworzonych jadłospisów bardziej przypomina menu Magdy Gessler, niż jadłospis na miarę przeciętnego gospodarstwa domowego…
6. Po pierwsze, gruby dzieciak nie powinien rezygnować z wf (wiem o czym mówię, ja sama nigdy go nie unikałam, raz moja frekwencja na basenie wyniosła ponad 100%, bo kilka razy skorzystałam z okazji nadrobienia zajęć w weekend). Oczywiście fajnie by było gdyby sobie znalazł jakieś przyjemne zajęcie typu gra w tenisa, ścianka wspinaczkowa czy judo, ale z autopsji wiem, że jest to wyzwanie niemal niemożliwe do wykonania (tyle dzieciaków, które będą patrzeć! nie ma opcji!). Jednak już samo chodzenie 30 minut dziennie szybkim tempem robi dużą część roboty! Ja więcej osiągnęłam chodząc 40 minut dziennie 3 razy w tygodniu, niż spędzając 2 razy w tygodniu po 2 godziny na siłowni.
7. Po drugie, kluczowa sprawa! Zdrowe odżywianie! Nie dieta! Odżywianie! Kiedy przypomnę sobie swoje posiłki z podstawówki (choć pamiętam je jak przez mgłę) jestem wstrząśnięta. Kiedy wracałam ze szkoły moich rodziców często nie było w domu. A ja, jeśli nie kupiłam sobie w sklepiku szkolnym kwaśnych żelek, czipsów, rogalika albo napoju, byłam głodna jak wilk. Potrafiłam zjeść na jedno posiedzenie 3 bułki pszenne z margaryną, serem, kiełbasą i keczupem. Nie było dnia żebym nie jadła cukierków, czekoladek, chrupek albo nie wyjadała kremu czekoladowego ze słoika. Dla starej mnie to nie było obżarstwo. Przecież zawsze tyle jadłam. Na obiad dostawałam taką samą porcję jak reszta rodziny. Herbata słodzona 3 łyżeczkami cukru. Czekolada gorzka była dla mnie profanacją przemysłu żywieniowego. Do czasów liceum na pewno nie znałam smaku wody niegazowanej. Błąd za błędem. Nie uważam się za mistrza żywienia (nawet za wicemistrza nie!), ale jeżeli masz problem z ustaleniem jak powinno wyglądać racjonalne żywienie (nawet jeśli nie jesteś już grubym dzieciakiem!) zanim się poddasz, proszę napisz do mnie w komentarzu. O tych sprawach mogę naprawdę dużo pisać, dlatego nawet nie będę tu zaczynać tego tematu.
8. Odchudzanie to ciągła walka. Zrzucanie moich (dotychczasowych) 25 kg zaczęło się w czerwcu 2014. To już jakieś 28 miesięcy. Gdybym miała określić ile miesięcy upłynęło pod znakiem sukcesu, a ile porażki, to wyszłoby więcej słabości niż zwycięstw… A konkretnie to max 6 miesięcy ćwiczeń i całkiem zdrowego odżywiania. Na drodze osoby odchudzającej się jest mnóstwo pokus i przeszkód. Jednak najważniejsze jest wyznaczenie sobie granicy do której jesteśmy w stanie nie zmienić filozofii „jeden mi nie zaszkodzi” w destrukcję „raz się napiłam i jakoś nic mi się nie stało”. Szczęśliwie, mnie efekt jo-jo omijał szerokim łukiem, ale może to kwestia tego, że kiedy robiło się niebezpiecznie, opamiętywałam się.
9. Nie ma, że się nie da. Da się, tylko wszystko z głową i cierpliwie! (z tą cierpliwością to faktycznie, najgorzej)
10. Ciało, które chudnie nie zawsze wygląda jak na rozkładówkach Playboya… Wystarczy sobie wrzucić do grafiki google „ciało po odchudzaniu”. Tkanka tłuszczowa się zmniejsza, ale skóra (na biuście niestety również…) w większości przypadków zostaje. Taki drobny minus.
11. Żadne cudowne tabletki ani herbatki nie pomogą, kiedy nie jest zachowana zasada nr 7.

12. Wsparcie! Wsparcie! Wsparcie! Tego potrzebuje osoba „na diecie”! I nie wsparcia w stylu „aaa Ty jesteś silna to sobie poradzisz” albo „podziwiam Cię”. Jasne, to też potrafi podbudować i cieszy, że inni zauważają efekty, ale chodzi o wsparcie rodziny. Odchudzanie nie jest łatwe, a już na pewno nie pomaga podstawianie pod nos sernika albo robienie schabowego w jajku, mące, bułce tartej i smażonego na głębokim oleju. Jeżeli nie potrafisz pomóc dołączając do walki, ślicznie Cię proszę, nie wchodź chociaż takiej osobie w drogę.

Jako świadomy człowiek, zdaję sobie sprawę, że gdybym się bardziej przycisnęła z ćwiczeniami dzisiaj mogłabym wyglądać jak Mel B, ale tak prawdę mówiąc dopóki moje nawyki żywieniowe pozwalają mi na poranne wstawanie w pełni sił, dopóki regularne jedzenie posiłków z kaszą jaglaną oczyszczają mój organizm z toksyn, dopóki wypijanie wody niegazowanej filtruje nerki jak należy i dopóki nie pojawi się w moim życiu jakiś drugi gruby dzieciak na dobre i na złe, to jest mi to totalnie obojętne (no dobra… jest mi obojętne tak na 80% ;) )

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>