Odchudzanie – historia prawdziwa

Standardowy

Wczoraj, (prawie) całkiem spontanicznie postanowiłam przejrzeć swoje zdjęcia sprzed kilku lat. Cel? Sponiewieranie się, zdeptanie, wciśnięcie w ziemię, totalne zawstydzenie. Efekt? Śmiech (absolutnie nie przez łzy). Dzisiejszy wpis będzie miał charakter kathasisowy (chociaż katharem mogę się chwalić od przedszkola). I chociaż uwalniam się od dawna, to nigdy tak jak dziś. Zdaję sobie sprawę, że wpisów o podobnej tematyce – trylion razy bardziej profesjonalnych i interesujących niż ten – są setki tysięcy w blogosferze. Ale wiadomo jak to z nami Polakami jest. Mój wpis będzie najmojszy!

Zacznę od tego co dla wielu osób, które wyszukują wpisów o takiej tematyce w internecie, jest najważniejsze. Jest to kwestia, wydawać by się mogło, podstawowa. Przynajmniej dla tych, których google’owe zapytanie brzmi np.”jak szybko schudnąć?”, „ile mogę schudnąć w miesiąc?”. Czytając opinie innych osób na blogach i forach w głowie kotłuje się jedno pytanie „ILE?!”, przeplatane innymi pobocznymi typu „jak?!”. Więc, (licząc na to, że na moją stronę trafi chociaż jedna dusza taplająca się mentalnie w tym szicie, który serwują nam ludzie dookoła, telewizja, internety i pseudo – gwiazdeczki) w ramach oczyszczenia powiem Wam co tylko chcecie (albo i nie chcecie) wiedzieć.

Moje „ile” wisiało nad moją głową od najmłodszych lat. Było skrupulatnie zapisywane w książeczce zdrowia przez higienistkę, wpisywane w bilansie przez lekarza i potwierdzane przez wychowawcę klasy. Kiedy higienistka wchodziła na lekcję dostawałam drgawek. Wiedziałam, że mnie to nie minie, ale miałam tylko nadzieję, że żadna z koleżanek nie zajrzy w rubryczkę z moim nazwiskiem. Strach, że się wszyscy dowiedzą był paraliżujący. Zwłaszcza w podstawówce i gimnazjum. Być może się dowiedzieli, może szeptali o tym na korytarzach, może pisali na kartkach, którymi się wymieniali na lekcjach. Ale co to za różnica, kiedy i tak jesteś w pierwszej trójce najlepszych i zarazem najmniej lubianych uczniów (hej, hej, tylko się nade mną nie użalaj!!!)!

Dzisiaj przy wzroście 171 cm ważę nieco ponad 77 kilogramów. Znajomi nie wierzą. Mówią, że nie wyglądam, że to pewnie mięśnie. Kiedy mówię, że przydałoby się zrzucić jeszcze z 10 kg stukają się w czoło. Nie jestem ześwirowana, nie mam początków anoreksji, nie jest to fałszywa skromność. Ja niczego nie udaję, jestem świadoma siebie i obiektywnie stwierdzam, że po prostu wciąż mam nadwagę! 77 kg. Dużo, co?

Pół roku temu, kiedy postanowiłam wrócić do mądrego odżywiania ważyłam 84 kg. Żeby zrzucić nadprogramową masę robiłam różne rzeczy. Niektóre z nich, z perspektywy czasu mogą wydawać się zbędne. Np. chodzenie na siłownię. Na karnet wydałam 130 zł, na siłowni byłam 8 razy. Nie korzystałam z możliwości jakie na mnie czekały. Nawet nie dotknęłam 80% maszyn znajdujących się na siłowni. Dlaczego? Albo były obstawione przez muskularnych facetów, którzy robili rzeźbę albo nie wiedziałam jak z nich skorzystać. A przecież trenera chodzącego po sali nie zapytam, bo zwróci na mnie uwagę i nie da żyć. Nie wykorzystałam też oferty zajęć dodatkowych typu spinning (na który naprawdę przed kupnem karnetu byłam napalona!), ABS, zajęcia cardio czy z ciężarkami, basen, sauna. Dlaczego? Przecież sama nie pójdę, bez przesady! Ta wataha wysportowanych kobiet, która przez 40 minut podskoków nie wyprodukuje ani kropli potu, zjadłaby mnie żywcem! Pomimo pewnego rozczarowania jakie sobie zafundowałam, za decyzją o siłowni, poszła też decyzja o zmianie żywienia. Jestem przekonana, że była to reakcja łańcuchowa, na którą w wersji „tylko zdrowe żywienie” nie zdecydowałabym się w tamtym czasie. Bardzo łatwo się oszukiwać kiedy jest się dużym człowiekiem! 84 kg. Dużo, co?

Pamiętam jak w 3 klasie liceum higienistka Alina zaprosiła nas do swojego gabinetu. Mierzyła, ważyła, wyliczała BMI. Standard. Alina była dziwną kobietą, ale zawsze czułam, że jest z boku. Nie mówiła mi „oooo JEŻU ile Ty ważysz! powinnaś schudnąć!”. Nie wybałuszała oczu przesuwając ten dziwny zypcyk na starej, białej wadze, która pewnie do dnia dzisiejszego znajduje się w poczciwym Korczaku. Nie kazała mi się badać, nie wysyłała do endokrynologów. W pewnym sensie czułam, że nie stawia mnie pod ścianą. I byłam jej za to niezmiernie wdzięczna. Tego dnia moja waga pokazała 92 kg. Dużo, co? Wiecie jaka była reakcja Aliny? Pogratulowała mi zrzucenia 6 kg. Tak, poprzednie ważenie wykazało 98 kg. Dużo, co?

W 2 klasie gimnazjum wychowawczyni (chyba w przypływie jakichś dziwnych matczynych uczuć) powiedziała mi, że „jestem ubita”. Chyba chciała mnie pocieszyć, chociaż wcale tego nie potrzebowałam. No i w sumie to trochę jej nie wyszło, ale dopóki nie słyszałam od kolegów komentarzy typu „wygląda jak trzydrzwiowa szafa” nie bolało, aż tak. 2 klasa gimnazjum zdobywa pierwsze miejsce w moim rankingu na szczyt szczytów z wynikiem 103 kilogramów.

Więcej odliczenia nie będzie, nie czekaj :D !

Jak widzicie, moje dzieciństwo minęło pod znakiem przelewającego się tłuszczu. A, że podobno tłuszcz jest nośnikiem smaku, to ten smak, który wyczuwam teraz jest naprawdę w porządku.
Znasz już moje ILE! Jeżeli jesteś dzieckiem, nastolatkiem, dorosłym, który w pewien sposób utożsamia się z tym co właśnie tu przeczytał, zapraszam Cię do zapoznania się z prawdami*, które są najmojsze!

*jako, że są one najmojsze używać będę wyrażeń typu „gruby dzieciak”; nie obrażamy się o to! życie nie głaszcze; „gruby dzieciak” to ja i każda inna osoba, która może podzielić moje odczucia!

1. Gruby dzieciak na zawsze w swojej głowie pozostanie grubym dzieciakiem. I teksty „dobrze wyglądasz” nic tu nie zmienią. Dopóki gruby dzieciak sam nie stanie przed lustrem i nie powie „wyglądam super!” żadne słowa go nie przekonają.
2. Uciążliwi, chamscy rówieśnicy grubego dzieciaka zawsze będą małymi skurwysynkami. Żaden rodzic nie jest w stanie uchronić swojego dziecka przed psychicznym prześladowaniem. Jedynym sposobem, który wpajał mi ojciec było „nie reaguj, to zdenerwuje ich najbardziej”. Innym sposobem jest sarkazm lub inteligentny docinek. Ale o to w podstawówce i gimnazjum niełatwo.
3. Tym bardziej nie jest w stanie uchronić dziecka przed skurwysynkami nauczyciel. Gruby dzieciak musi liczyć się z tym, że taktyka nauczyciela typu: „jestem, wspieram Cię”, kończy się tylko na słowach. Na lekcjach kiedy ktoś powie „dupa” belfer usłyszy od razu, ale częstotliwości na których padają wyzwiska w kierunku grubego dzieciaka na pewno nie usłyszy. Tak już jest.
4. Fora internetowe są ok, do czasu aż nie trafisz na frustrujące laseczki, które jednym zdaniem są w stanie zniszczyć cały Twój zapał. Nie daj się. Pomyśl ile mózgu musiało wyparować przy takim  chorym odchudzaniu!

Przechwytywanie

5. Na swojej drodze znajdziesz wiele „mądrych” rad. Począwszy od tego, że gruby dzieciak powinien trafić do dietetyka, przez jedzenie kiełbasy, zamiast słodyczy, aż po akupunkturę. Oczywiście, nie mówię, że dietetyk to zły wybór, bo jeśli rodzice nie mają tyle samozaparcia, żeby troszkę się doedukować na własną rękę, może to być jedyny sposób. Jednak dla dziecka jest to naprawdę stresująca sytuacja. Nie wie z kim będzie miało do czynienia, jak zostanie przyjęte i o co go zapytają (na jednej z takich wizyt byłam tak spięta, że zapomniałam co poprzedniego dnia jadłam na obiad i tego samego dnia na śniadanie)! Najważniejsza rzecz – moim skromnym zdaniem większość tworzonych jadłospisów bardziej przypomina menu Magdy Gessler, niż jadłospis na miarę przeciętnego gospodarstwa domowego…
6. Po pierwsze, gruby dzieciak nie powinien rezygnować z wf (wiem o czym mówię, ja sama nigdy go nie unikałam, raz moja frekwencja na basenie wyniosła ponad 100%, bo kilka razy skorzystałam z okazji nadrobienia zajęć w weekend). Oczywiście fajnie by było gdyby sobie znalazł jakieś przyjemne zajęcie typu gra w tenisa, ścianka wspinaczkowa czy judo, ale z autopsji wiem, że jest to wyzwanie niemal niemożliwe do wykonania (tyle dzieciaków, które będą patrzeć! nie ma opcji!). Jednak już samo chodzenie 30 minut dziennie szybkim tempem robi dużą część roboty! Ja więcej osiągnęłam chodząc 40 minut dziennie 3 razy w tygodniu, niż spędzając 2 razy w tygodniu po 2 godziny na siłowni.
7. Po drugie, kluczowa sprawa! Zdrowe odżywianie! Nie dieta! Odżywianie! Kiedy przypomnę sobie swoje posiłki z podstawówki (choć pamiętam je jak przez mgłę) jestem wstrząśnięta. Kiedy wracałam ze szkoły moich rodziców często nie było w domu. A ja, jeśli nie kupiłam sobie w sklepiku szkolnym kwaśnych żelek, czipsów, rogalika albo napoju, byłam głodna jak wilk. Potrafiłam zjeść na jedno posiedzenie 3 bułki pszenne z margaryną, serem, kiełbasą i keczupem. Nie było dnia żebym nie jadła cukierków, czekoladek, chrupek albo nie wyjadała kremu czekoladowego ze słoika. Dla starej mnie to nie było obżarstwo. Przecież zawsze tyle jadłam. Na obiad dostawałam taką samą porcję jak reszta rodziny. Herbata słodzona 3 łyżeczkami cukru. Czekolada gorzka była dla mnie profanacją przemysłu żywieniowego. Do czasów liceum na pewno nie znałam smaku wody niegazowanej. Błąd za błędem. Nie uważam się za mistrza żywienia (nawet za wicemistrza nie!), ale jeżeli masz problem z ustaleniem jak powinno wyglądać racjonalne żywienie (nawet jeśli nie jesteś już grubym dzieciakiem!) zanim się poddasz, proszę napisz do mnie w komentarzu. O tych sprawach mogę naprawdę dużo pisać, dlatego nawet nie będę tu zaczynać tego tematu.
8. Odchudzanie to ciągła walka. Zrzucanie moich (dotychczasowych) 25 kg zaczęło się w czerwcu 2014. To już jakieś 28 miesięcy. Gdybym miała określić ile miesięcy upłynęło pod znakiem sukcesu, a ile porażki, to wyszłoby więcej słabości niż zwycięstw… A konkretnie to max 6 miesięcy ćwiczeń i całkiem zdrowego odżywiania. Na drodze osoby odchudzającej się jest mnóstwo pokus i przeszkód. Jednak najważniejsze jest wyznaczenie sobie granicy do której jesteśmy w stanie nie zmienić filozofii „jeden mi nie zaszkodzi” w destrukcję „raz się napiłam i jakoś nic mi się nie stało”. Szczęśliwie, mnie efekt jo-jo omijał szerokim łukiem, ale może to kwestia tego, że kiedy robiło się niebezpiecznie, opamiętywałam się.
9. Nie ma, że się nie da. Da się, tylko wszystko z głową i cierpliwie! (z tą cierpliwością to faktycznie, najgorzej)
10. Ciało, które chudnie nie zawsze wygląda jak na rozkładówkach Playboya… Wystarczy sobie wrzucić do grafiki google „ciało po odchudzaniu”. Tkanka tłuszczowa się zmniejsza, ale skóra (na biuście niestety również…) w większości przypadków zostaje. Taki drobny minus.
11. Żadne cudowne tabletki ani herbatki nie pomogą, kiedy nie jest zachowana zasada nr 7.

12. Wsparcie! Wsparcie! Wsparcie! Tego potrzebuje osoba „na diecie”! I nie wsparcia w stylu „aaa Ty jesteś silna to sobie poradzisz” albo „podziwiam Cię”. Jasne, to też potrafi podbudować i cieszy, że inni zauważają efekty, ale chodzi o wsparcie rodziny. Odchudzanie nie jest łatwe, a już na pewno nie pomaga podstawianie pod nos sernika albo robienie schabowego w jajku, mące, bułce tartej i smażonego na głębokim oleju. Jeżeli nie potrafisz pomóc dołączając do walki, ślicznie Cię proszę, nie wchodź chociaż takiej osobie w drogę.

Jako świadomy człowiek, zdaję sobie sprawę, że gdybym się bardziej przycisnęła z ćwiczeniami dzisiaj mogłabym wyglądać jak Mel B, ale tak prawdę mówiąc dopóki moje nawyki żywieniowe pozwalają mi na poranne wstawanie w pełni sił, dopóki regularne jedzenie posiłków z kaszą jaglaną oczyszczają mój organizm z toksyn, dopóki wypijanie wody niegazowanej filtruje nerki jak należy i dopóki nie pojawi się w moim życiu jakiś drugi gruby dzieciak na dobre i na złe, to jest mi to totalnie obojętne (no dobra… jest mi obojętne tak na 80% ;) )

Na półmetkach smaków. Cebulowa z grzankami!

Standardowy

Siedząc na blacie w kuchni głowiłam się cóż mogę zrobić na obiad. Instrukcji żadnych mi nie pozostawiono. Fakt, że pytanie „co chcesz jutro na obiad?” zazwyczaj kończy się fiaskiem i muszę improwizować, ale wciąż mnie zaskakuje brak konkretnej odpowiedzi. Siedzę więc na tym blacie, no i co człowieku zrobisz jak zakupów nie zrobisz?! Wtem do mojej rogówki wpadła misternie wykonana, niczym utkany złotymi nićmi arras, siateczka okalająca 2 kilogramy złocistych cebul. I te cebule proszę Państwa, tak mnie (i moje niemyte przez 3 dni włosy) ucieszyły, że aż postanowiłam ugotować zupę cebulową! Uwaga, uwaga, bo takiego skomplikowanego przepisu jak żyjecie nie widzieliście!

- kilogram cebul (może mniej, może więcej – u mnie było ich 9 i ważyły 1,3 kg)
- kawałek pora (bo akurat był w lodówce, to taki fragment 10 cm nie zawadzi)
- 3 ząbki czosnku (tylko tyle, bo więcej nie było)
- wywar (w zależności od inwencji twórczej – może być ugotowany na udku z kostką rosołową… a równie dobrze może być sama woda z kostką rosołową)
- masło / margaryna (może łyżka)
- opcjonalnie: marcheweczka, pietruszeczka, selerek, liść laurowy
- blender

Jako, że miałam jeszcze resztkę rosołu, w którym pływało 5 centymetrów marchewki, pietruszka przypominająca w przekroju ołówek z Ikeły oraz niedobitek – seler, dolałam do niej 1-1,5 litra wody, dorzuciłam kostkę rosołową i zagotowałam.

W międzyczasie obrałam cebule i pokroiłam w piórka, bo dla mnie tak jest najszybciej (możecie w małą kostkę, w dużą, w trójkąty, w walce, w co chcecie – i tak później pójdzie to do zmiksowania, wiec nie musicie się bawić w gastronomicznego Paulo Coelho). Tak pokrojoną cebulę przesmażamy na maśle albo margarynie, dodajemy pokrojonego w krążki pora, 3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę i odrobinę wegety. Kiedy cebula jest już złota i miękka, dolewamy wywaru. Całość gotujemy min. 10 minut, a po wyłączeniu blendujemy.

14456870_1217031661671387_2055256527_o

Taką zupę cebulową można zjeść z groszkiem ptysiowym, grzankami czy co Wam tak jeszcze przyjdzie do głowy! Jeśli jednak nie chcecie wydawać dodatkowo piniondzuf, grzanki możecie zrobić sami! Aha, tak jest! Na porcję grzanek dla 2 osób wystarczą 3 kromki jasnego chleba (nie to, żebym była rasistką – z ciemnego nigdy nie robiłam). Każdą kromkę obustronnie smarujemy masłem i kroimy w kostkę. I w tym momencie pojawiają się 2 opcje:
- patelnia – opcja bezpieczniejsza, szybsza, ale wymaga cierpliwości… no i grzanki nie są równomiernie podsmażone, chyba że każda kostka zostaje obrócona indywidualnie,
- piekarnik – opcja wygodniejsza, jednak w razie niedopilnowania grozi zwęgleniem. U mnie 180 stopni, przez około 12 minut, ale wiadomo, że zależy od piekarnika. Warto od czasu do czasu zajrzeć przez szybkę czy wszystko jest pod kontrolą.

W ramach gastronomicznej edukacji poniższe zdjęcie przedstawia różne stopnie wypieczenia grzanek – od troszkę zbyt bladych (po prawej), przez prawie idealne (na dole), po nadmiernie przypieczone (na górze). Zwęglonych nie ma, ale jak wpiszecie w grafice google „węgiel” to poczujecie cały smutek kucharza lub całą radość górnika (ps. nawet hasło „zwęglone grzanki” jest zbyt słabe).

14454071_1216985618342658_521408415_oChyba nie muszę Was przekonywać, że taka zupa jest zdrowa, smaczna, niskokaloryczna i typowo polska (bo cebula). Miska zupy ma max 100 kcal. Po dodaniu grzanek wyjdzie trochę więcej, ale szczęśliwi kalorii nie liczą.

Silwuple i smacznego!

PS. Miałam taką chwilę zawahania, czy zdjęcia, które wrzucam do postów są wystarczająco „trendi”, ale nie oszukujmy się. Ani mój styl podawania przepisów nie jest wybitnie profesjonalny, ani przepisy ekstrawaganckie, ani słownictwo zbyt wyszukane… Jam prosty człowiek, to i żarcie proste! Ale muzykę to Wam mogę kulturalnie zapowiedzieć.
Drodzy Państwo, oto zacny utwór, w którym nie wiem o co chodzi, ale jest fajny:

Na półmetkach smaków. Kokosowe trufle, kartofelki, raffaello’elki

Standardowy

Nadarzyła się okazja, a że, mimo iż nie nadarza się ona rzadko, to u mnie weny do wszystkiego niczym mąki orkiszowej w Biedronce. Czyli w zasadzie, jeśli uświadczysz to tylko przez pewien czas, po którym następuje posucha. Pierwszy raz o trufelkach usłyszałam w tegoroczne wakacje. Wiadomo, Raffaello jest jednym z pyszniejszych smakołyków jakich świat doświadczył (a, że można je liczyć tylko w setkach albo tysiącach, bo „coś słodkiego” jest zawsze w cenie, to należy o to dobro narodowe dbać). Ale odkąd ogarnęłam, że 60 groszy to nie złotówka, 100 minut to nie godzina, a za pieniądze z Eurobiznesu mogę się co najwyżej wykupić z aresztu, bolała mnie cena kilku przepysznych kuleczek. Wiadomo też, że za wszystko płacimy. Za wodę, dostęp do zasmrodzonego pseudo-powietrza w Zakopanem i udział w mszy.

Jednak po co płacić za coś co możemy zrobić sami (handmade to jednak coś bardziej arystokratycznego, niż paragon z sieciówy)?! Mogłabym napisać, że jeśli Raffaello ma ocenę 10/10, to co zobaczycie niżej jest uboższą wersją, którą mogłabym ocenić raptem na 7/10. Jednak, wszyscy (czyli ja i … no… czyli ja…) zdajemy sobie sprawę, że ta podróba bloga, którą Wam tu prezentuję jest wersją studencką. Czyli wersją dla osób szanujących swoje dochody, a jeszcze bardziej ich brak. Dla osób, które nie potrzebują kawioru z jesiotra i jajek w koszulkach, żeby zaznać odrobiny luksusu.

Zacznijmy więc. Czego będziemy potrzebować?

- wiórki kokosowe (mogą być najzwyklejsze – ja kupiłam 200 g za 2,10 zł) około 60 g
- miód (jeśli płynny to min. 2-3 łyżki, jeśli wersja bardziej stężała – jedno porządne zamachnięcie łyżką w miodzie powinno wystarczyć)
- mleko (może 2, może 3,2 – pełna dowolność procentów) – minimalnie 2 szklanki
- kasza jaglana 200 g

Na mleku gotujemy kaszę. Kasza jak kasze, ryże i cała reszta sypkich produktów gotowanych w nie-woreczkach, musi być pilnowana. Mieszamy co jakiś czas, nie dopuszczając do przychwycenia do dna garnka. W razie potrzeby (a taka moim skromnym zdaniem nastąpi na 95%) dolewamy mleka. Kasza nie powinna się rozgotować, ale nie może też być zbyt twarda. Strzelam, że gotowałam ją na małym ogniu z 15-20 minut co chwilę mieszając. Kasza po wyłączeniu palnika (no nie żartujcie, że macie płytę indukcyjną!) nie powinna być płynna – musi wchłonąć mleczko, niczym brzuszek mojego chrześniaka przyssanego do butelki.

Dodajemy miodku i pozwalamy kaszy na wystygnięcie. W międzyczasie na suchej patelni prażymy wiórki kokosowe, które u mnie z białego zmieniły kolor na idealnie brązowy. Wiórki dodajemy do kaszowo – miodowej papki. Nie wiem na pewno, ale podejrzewam, że jeżeli chcielibyście dodać do niej bakalie, pokruszone orzechy, kakao czy cokolwiek co przyjdzie Wam do głowy, też będzie ok. Z papki formujemy kulki (albo coś przypominającego kulki). Moja papka początkowo nieco mnie zmartwiła. Kulki nie chciały się toczyć, a wręcz powodowały rozpad na małe kawałki. Dodatkowo, cała masa kleiła się niemiłosiernie. Jednak znalazłam sposób formowania kulek, który ufam, że i wy znajdziecie! Takie kuleczki przeturlałam po wysypanych wiórkach kokosowych, ułożyłam na tacce i wstawiłam na noc do lodówki. Rano przekonałam się, że zimne otoczenie zrobiło całą robotę! 28 kulek (nie oszukujmy się, gdyby nie podjadanie w trakcie gotowania byłoby ich może z 32!) 2 razy większych od oryginalnego produktu.

14360257_1210461878995032_272411733_oDomowe, zdrowe pseudo – Raffaello bez pieczenia i wielkich kombinacji.

Jedna kulka ma około 50 kcal, w tym ok 1,4 g białka, 6,8 g węglowodanów i 2,6 g tłuszczu. Ale biorąc pod uwagę, że jest to 100% handmade, który naprawdę jest smaczny, to nie bójcie żab. Ja mam ostatnie 2 tygodnie laby, więc i waga poszła w kąt (mogłabym powiedzieć, że dlatego, iż bardzo mnie wku#$%^&… irytowała, ale załóżmy, że jestem taka beztroska!). Skoro ja olewam zasady na ostatnie 2 tygodnie wakacji (i poprzednie 1,5 miesiąca również) to Wy tym bardziej macie do tego prawo!

Silwuple i bon apetit! : )

 

Dżastin, koleś od czekoladek.

Standardowy
Winston Groom napisał „Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz co Ci się trafi”. Wobec tego cytatu stoję w rozkroku niczym Pan Premier strofowany przez Panią Posłankę na Wiejskiej w roku 2008. Wyobrażam sobie wtedy to pudełko z czekoladkami. Nie jest to trudne, biorąc pod uwagę efekty koneksji jakimi mogę się napawać: 14 października oraz począwszy od pierwszego dnia wakacji, aż do opróżnienia jadalnej zawartości szafki z firankami. Patrzę więc na to pudełko. Oczywiście najpierw roztarguję, roztargiwuję oraz targam (a wręcz, podążając za J.Kołaczkowską robię te 3 czynności jednocześnie) papier okalający wzorzystą niespodziankę… Widzę je… I czuję podniosłość chwili jaka za chwilę nastąpi. Czeka mnie bowiem zdjęcie folijki. Jednak nie jest to zwykła likwidacja przeszkody… Odpakowanie bombonierki jest zajęciem artystycznym i ekskluzywnym. Wic tkwi w dzyndzlu, którego umiejętne pociągnięcie otworzy wrota do szczęścia.
I tutaj dochodzimy do sedna: „Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz co Ci się trafi”. Naprawdę? Zerwałam papier, pociągnęłam za dzyndzel, zdjęłam folijkę… I nie wiem co mi się trafi? Ja widzę tutaj poważną nieprawidłowość, która wynikać może z niewielkiej spostrzegawczości lub drobnego kłamstewka autora. Według mnie Pan Winston albo nigdy nie widział pudełka czekoladek, albo po prostu dokładnie mu się nie przyjrzał. Gdyby życie było jak pudełko czekoladek, wystarczyłoby zajrzeć na spód żeby zdać sobie sprawę czy czeka nas bardziej luksusowe brandy&orange czy standardowy orzech. I co ważne – moglibyśmy sami wybrać. Chciałabym, żeby moje życie było jak pudełko czekoladek.

Inna teoria głosi, że „Życie jest jak pudełko czekoladek – grubym ludziom kończy się szybciej”. Jak dla mnie to nie ma reguły. Ramsey Bolton nie był gruby, a żył krócej niż Hodor. Cały sęk w tym ile w naszym życiu kilodżuli ryzyka. Wyobraźmy sobie, że mamy oryginalnego kolegę. Inne pochodzenie, inny język, inna wiara. I nagle wyskakujemy mu z ciężkawym tekstem „Widziałeś Igrzyska Olimpijskie w Rio?… Wiesz, chodzi mi o mecz siatkówki plażowej kobiet Niemcy vs. Egipt…”. No i wysyłasz mu zdjęcie, które obiegło pół polskiego internetu.

Źródło: http://www.sport.pl/rio2016/5,130063,20515339.html?i=9

I dodajesz „Mam nadzieję, że w żaden sposób Cię nie uraziłam, ale jak one mogą tak grać? Przecież to jest ekstremalnie niewygodne.”. Czekasz na starcie, na przemowę nienawiści, na odpowiedź, która wgniecie Cię w plastikowe krzesło z Ikeły. Sekundy trwają wieczność. W końcu dostajesz odpowiedź i szczęka opada Ci razem z całą głową na szklany blat. Czytasz raz, drugi, trzeci i nie dowierzasz. „Nic się nie stało. Czemu roznegliżowane ciało miałoby mnie urazić?”.
Nie prostujesz. Wiesz, że twoje pudełko czekoladek zostało uratowane różnicą kultur.

Trzecia szkoła głosi, iż „Życie jest jak pudełko czekoladek – nienawidzę czekoladek”.
2 tygodnie temu splot niekorzystnych finansowo zdarzeń natchnął mnie do wprowadzenia zmian. Jadę do Krakowa! Szukam pracy! Pora wziąć się do roboty! Pora zacząć na siebie zarabiać! Jak pomyślałam tak też prawie zrobiłam. Pojechałam do Krakowa. Poszukałam prac dorywczych (max. do końca września). Wysłałam kilka CV. I czekałam… Wysprzątałam mieszkanie… I czekałam… Obejrzałam 2 sezony Breaking Bad i czekałam… Wybrałam się na wycieczkę rowerową… I dalej czekałam. W końcu pomyślałam, że jeżeli będę w Krakowie, żadna firma do mnie nie zadzwoni. Jeśli jednak wrócę do domu rodzinnego, ktoś zadzwoni na pewno. Uznając to jednak za niepotrzebne czarnowidztwo, siedziałam w Krakowie 6 dni po wysłaniu CV’ków. A szóstego dnia, a szóstego dnia Pan Bóg stworzył AGH… Sorka, nie ta bajka. A szóstego dnia zdecydowałam, że i tak nic z tego nie będzie. Przyjechałam więc do domu, ugotowałam spaghetti i stało się. Bramy piekielne się rozstąpiły, a odźwierny przywoływał mnie ręką, kusząc „Chodź do nas! 10 złotych za godzinę! 12 godzin pracy dziennie! Dojazd 3 środkami transportu ponad godzinę w jedną stronę! Będzie super! Gratis dostaniesz trening nóg i rąk! Wdrożyliśmy specjalny program <Ezakwus>, dzięki któremu nie straszne Ci będzie machanie rękami na stojaka przez całą dniówkę!”.

Telefon więc wyciszyłam, wyłączyłam, owinęłam papierem i folijką z czekoladek, schowałam pod łóżko i leżę przykryta kołdrą ze stoperami w uszach, żeby dźwięk kolejnego połączenia nie dotarł do moich błon bębenkowych. Moja mama mówi „a co z tym zakładem co mają u nas otworzyć?”, na co ja „kuwa, jakie ja mam szanse jak po tych studiach to tylko wiem co to jest Kanban i Just in Time?!”, na co mój tata „większość co tam pojdzie to bedzie tylko wiedziala co to jest Just_in Bieber…”

Może życie faktycznie jest jak pudełko czekoladek… Może awaria maszyny sprawia, że nałożone zostaje zbyt wiele warstw folijek, które należy odwinąć… Może piekielny dzień topi wierzch pralinki próbując dostać się do nadzienia… Ale na pewno życie jest jak mój tata i orientalny znajomy – potrafi zaskoczyć kiedy nikt się tego nie spodziewa.

Na półmetkach smaków. Deser kawowy z granatem!

Standardowy

Juwenaliowe dni nastały, a razem z nimi:

- 2 jogurty greckie light po 340 g,
- 2 lub 3 łyżeczki ciemnego kakao,
- 2 lub 3 łyżeczki kawy rozpuszczalnej,
- cukier lub substytut,
- 2 banany,
- mały granat,
- gruszka,
- czekolada gorzka,
- cynamon.

Powyższe składniki wystarczą na 4 desery.

3/4 jogurtu greckiego, którym dysponujemy przekładamy do jakiegoś naczynia. Kawę zalewamy 2 (3 i 4 pewnie też można :D ) łyżkami gorącej wody i wlewamy do jogurtu, dodajemy kakałko, a po dokładnym wymieszaniu (bądź też przed) dodajemy cukier do smaku (mieszanka mocna, więc jeśli czujecie taką potrzebę to nie ograniczajcie się z tą słodkością!).

Mieszankę tą rozdzielamy na tyle szklanek, ile deserów planujemy przygotować. Banana kroimy w kostkę i umieszczamy na dolnej warstwie. Pozostałą część jogurtu możemy posłodzić, ale wcale nie musimy, wsypujemy cynamon „na oko” i po wymieszaniu nakładamy na banana. Granata kroimy na pół, bawimy się w poszukiwanie czerwonych klejnotów, które chowają się po kątach (białą gąbkę wyrzucamy, jest be!). Owoce granatu rozsypujemy na wierzchu razem z płatkami czekolady (ile sobie życzycie, u mnie wyszła raptem kostka na 4 desery). Ćwierć gruszki na górę i deser gotowy. Teraz wystarczy tylko schłodzić go w lodówce i pyszność gotowa!

Deser kawowyJeden taki deser zawiera około 200-250 kcal. Myślę, że warto zaszaleć : )

Silwuple i smacznego :D